Urzekła mnie moja historia, czyli o tym, skąd sport w moim życiu

Uświadomiłam sobie właśnie, że aby zacząć od samego początku, muszę się cofnąć prawie o 30 lat 🙂 Z jednej strony smutne, wiadomo – przemijanie… ale z drugiej mogę śmiało powiedzieć o solidnym doświadczeniu w temacie 😀


Jak miałam 6 lat, Rodzice zapisali mnie i moją siostrę do szkoły tańca towarzyskiego – i chyba od tego się zaczęło. Trenowałam ok. 4 lata – po drodze zaczęły się wyjazdy na turnieje itp, ale w pewnym momencie przestało mi to sprawiać frajdę. Jeszcze wtedy nie wiedziałam o co chodzi, ale później to do mnie dotarło – taniec towarzyski, po pierwsze, nie jest sportem indywidualnym, a po drugie – zawodnicy są w nim poddawani ocenie kogoś z zewnątrz. Nie ma sytuacji, w której wiesz, że wygrałaś/-eś, bo pierwsza/-y wbiegłaś/-eś na metę. Nie lubiłam tego.

Z alternatywnym rozwiązaniem przyszedł nauczyciel wychowania fizycznego (Paweł Ch – baaardzo dziękuję) 🙂 Byłam w IV klasie podstawówki, kiedy na jednej z lekcji usłyszałam (wraz z kilkoma koleżankami): ‚ty, ty i ty, dzisiaj o 16 zapraszam na trening’. Pytanie brzmiało – co będziemy trenować. Okazało się, że triathlon. Na początku oczywiście było zachłyśnięcie się czymś nowym, niespotykanym (w 1996 roku jeszcze nawet niezbyt popularnym). To mnie pchało do przychodzenia na treningi i nie przeszkadzało mi nawet to, że nie umiałam pływać. Na szczęście mojemu ówczesnemu trenerowi też nie 🙂 Po jakimś czasie zaczęły się wyjazdy na zgrupowania, zawody i wsiąknęłam w to bez reszty na jakieś 8 lat… Kawał czasu, mnóstwo godzin treningów, wiele wyrzeczeń. Może nie byłam jakaś wybitna, ale zdarzały się zawody, które kończyłam „na pudle” 🙂 Co prawda, częsciej był to duathlon a nie triathlon (pływanie zawsze było moją słabą stroną), ale mimo wszystko nie brakowało mi chęci do dalszych treningów a wręcz każdy kolejny mały sukcesik dawał mi coraz więcej motywacji. Do moich największych osiągnięć z pewnością mogę zaliczyć wicemistrzostwo Polski w duathlonie w kategorii Młodziczka, powołanie do kadry Polski Młodzików na Mistrzostwa Europy w triathlonie oraz III miejsce (drużynowo) w zawodach Nadziei Olimpijskich na Słowacji. W późniejszych latach było już trochę gorzej – moje pływanie wciąż pozostawiało wiele do życzenia, triathlon stawał się coraz bardziej popularny (szczególnie wśród byłych pływaków), ale pomimo braku sukcesów, nadal sprawiało mi to ogromną radochę.
Od triathlonu zrobiłam sobie przerwę (błędnie myśląc, że tylko chwilową) w klasie maturalnej – bo przeciez trzeba było się przygotować, chodzić na fakultety itp… I tak, niestety, ta przerwa utrzymała się praktycznie do roku 2012.

Archiwum własne


W tak zwanym międzyczasie zmieniły się moje wymówki: po maturze były studia i nowe miasto (skąd ja mogłam wiedzieć gdzie można trenować we Wrocławiu? ;)). Dużo później pojawiła się na świecie Bianuśka, więc miałam nową (całkiem standardową u młodych mam) wymówkę – „bo mi szkoda czasu spędzonego z dzieckiem”. Przez pierwsze 1,5 roku życia Bianusi powtarzałam to jak mantrę. Przecież i tak spędzam mało czasu z dzieckiem, ona mnie potrzebuje, jak mogę wyjść z domu i zostawić Bianusię tylko z jej Tatusiem – przecież ona potrzebuje nas oboje itp. I tak w kółko.. Na szczęście z pomocą przyszedł mój Mąż, który na każde moje „nie, bo….” mówił – „idź, zrób coś ze sobą, zrób coś dla siebie, wyjdź do ludzi” itp. I też dzięki mojemu Mężowi trafiłam na grupę Kobiety na Medal 🙂 W ten sposób wróciłam do biegania. Zaczęłam od krótkich dystansów (5/10 km), później przyszedł czas na półmaraton (pierwszy, drugi i kolejne), następnie, już pod czujnym okiem kumpla z pracy, który rozpisywał mi treningi (Marcin – teraz podziękowania idą do Ciebie :)), przebiegłam mój pierwszy (i jak dotąd jedyny ;)) maraton. Wielu ludzi twierdzi, że bieganie jest nudne. Dla mnie takie nie jest – jak już starty w ‚normalnych’ biegach przestały mi sprawiać frajdę, zapisywałam się na ‚coś’ innego – i tak, mam na swoim koncie bieganie w kopalni soli (12-godzinny podziemny bieg sztafetowy – 2 razy), dwa starty w Survival Race, bieg, podczas którego należało pokonać naturalne przeszkody zastawione przez matkę naturę (skałki, rzeka), Cross Straceńców, kilka pieszych rajdów terenowych na orientację (Tropiciel) i bieg, o starcie w którym marzyłam odkąd dowiedziałam się o jego istnieniu – legendarny Bieg Rzeźnika (o samym biegu pewnie powstanie osobny wpis :)).

Od tego ostatniego biegu minęły już dwa lata. Jak tak sobie odhaczałam kolejne dystanse w mojej kolekcji i w końcu postawiłam ‚ptaszka’ przy 80 km, pojawiły się mikro kontuzje, zapał do sportu znów zniknął. Wtedy z pomocą przyszła Bianka, która poprosiła, żebym zapisała ją na zimowy cykl biegów City Trail. Wiecie, tak trochę głupio nie biec też, skoro i tak tam będę 🙂 Ale od tamtego czasu (już ponad rok), biegam baaardzo mało. Chyba w końcu zrozumiałam, że bieganie po to, żeby przekraczać kolejne granice, nie ma większego sensu. Teraz robię to, co aktualnie sprawia mi największą przyjemność – ćwiczę w domu z aplikacją Anny Lewandowskiej. Po ostatnich wakacjach (jak pierwszy raz zaczynałam przygodę z aplikacją) była kolejna przerwa, ale już od 7 stycznia 2020 ćwiczę z nią codziennie 🙂 Lubię obserwować zmiany zachodzące nie tylko w ciele, ale i w głowie – do tej pory miałam tak, że jak miałam zrobić przysiad to go robiłam. Teraz, zastanawiam się nad techniką, czy mam prawidłową postawę itp. Myślę, że dzięki temu, jak postanowię wrócić do biegania (lub wymyślę sobie jeszcze coś innego), moje ciało będzie na to bardziej gotowe i nie będę sobie robiła krzywdy każdym treningiem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close